jazdy doszkalające: Tour de pipidówy

BY byledoprzodu 24 Apr 2026
Zostałam instruktorem amatorem. Nareszcie mogę kogoś bezkarnie pouczać i to na jego własne życzenie. "Jej" właściwie. Dorobiłam się "kursantki" w sposób taki, że instagramowa znajoma zdała prawo jazdy. Nieważne, za którym razem - ZDAŁA. Gratulancje ;) No i z rozmowy wyszło, że ona jest w potrzebie kogoś, kto przekaże jej parę garści doświadczenia (i nie będzie jej ojcem - wiele dziewczyn pewnie przerabiało ten sam temat ;) ), a ja nie pogardziłabym towarzystwem do wycieczek po zadupiach. Nawet na prawym fotelu samochodu - czujecie, jaka desperacja? ;P Nie, ale tak serio, to mimo galopującego zapominalstwa, całkiem nieźle pamiętam przydatne rady z początków własnej nauki, jak również i wiedzę zdobywaną później z czasem - czemu więc nie użyć tych supermocy w słusznej sprawie? ;) Koleżanka tworzy na insta tematyczny profil @prspctiv_, na którym gromadzi obrazki zgodnie z hasłami kluczowymi: wielka płyta, beton, socialist modernism (socmod), polski socrealizm, prl design, duchologia... I pokrewne. A z racji wejścia w posiadanie własnego pojazdu, postanowiła wdrożyć plan objechania małych miasteczek w okolicy, w poszukiwaniu nietkniętych termoizolacją (zwaną też pastelozą) bloków, nadgryzionych zębem czasu murali, gieesów i innych pamiątek po epoce - jak to starsi mówią - słusznie minionej. W to mi graj! Przyjemne z pożytecznym. Na pierwszym spotkaniu tematem do przerobienia była trasa na działkę jej rodziców, gdzieś w Lubuskiem. Celem dodatkowym była - znana mi już wcześniej - mozaika z ułanami w Miodnicy oraz drugie tego typu dzieło - w Iłowej. Ciężko stwierdzić, co przedstawia. Na moje oko między innymi smoka wawelskiego ;)
[gallery type="rectangular" link="file" ids="10971,10970,10969"]
W drugiej połowie wycieczki przejęłam stery, bo procesor świeżo upieczonej kierowniczki już prawie skwierczał od ilości przyswojonej wiedzy i drogowych wrażeń (a trzeba tu zaznaczyć, że był to bodajże jej 3. dzień z tym niebieskim hujdajem hultajem). Skierowałam więc naszą grupkę na zwiedzanie lotniska w Wiechlicach. Po drodze, dzięki czujności kursantki, trafiłyśmy jeszcze na malunki na ścianie szprotawskiego LOK-u. Na okalającym go murze dodatkowo wypatrzyła, yyy, coś jakby płaskorzeźby? Bardziej takie rysunki wyryte prętem w mokrym betonie, jak na moje oko ;) Tematyka: historyczno-militarna, oczywiście.
[gallery link="file" columns="2" size="medium" ids="10973,10974"]
Pierwsze wnioski i wrażenia po jeździe były całkiem budujące - przynajmniej w moim odczuciu ;) Zaleciłam jednak zakup zielonego listka. To żaden wstyd, a znacząco poprawia komfort uczącego się jeszcze kierowcy i temperuje nieco road rage napotkanych władców dróg. A skoro zaleciłam, to i zorganizowałam - do szkolenia podchodzę kompleksowo ;) Chociaż mało brakowało, a nie miałabym czego przynieść. Starszy asystent w Studio ECHO był żywo zainteresowany znajdującym się na poziomie jego zębów artefaktem.
[gallery link="file" size="medium" type="square" ids="10977,10978,10976"]
Podczas drugiego spotkania byłyśmy już zatem profesjonalnie przygotowane na podbój małomiasteczkowego świata. Tym razem szukałyśmy pokemonów w Ścinawie, Wołowie, Brzegu Dolnym, Prusicach i na trasie z Rawicza do Lubina.
[gallery type="rectangular" link="file" ids="10979,10983,10982,10981,10980,10987,10988,10989,10990,10991,10992,10994,10993"]
Co do szkolenia, to okazało się, że z lekcji na lekcję mam coraz mniej do dodania, a jazda przebiega sprawnie, przyjemnie i niemal zupełnie bezprzypałowo. Duża w tym zasługa zdroworozsądkowego podejścia mojej kursantki i odporności na namowy do przyspieszania :P Na wszystko przyjdzie pora, jak sama zaznacza. Cóż mogę rzec - kursantów też trzeba umieć sobie dobierać i w tym przypadku szczęście mi dopisało ;) Lekcja trzecia wyszła trochę na spontanie, ale w sumie była i najdłuższa, i chyba najbardziej owocna - zarówno pod względem krajoznawczych znalezisk, jak i dystansu pokonanego samodzielnie przez adeptkę techniki jazdy. Wylądowałyśmy tym razem na początek we Wschowie, która z każdą wizytą podoba mi się coraz bardziej. Zwłaszcza jej starówka, jak żywcem wyjęta z Krakowa czy Lublina - tylko bez pierdylionów ludzi w gratisie. Właściwie ta wschowska jest, można powiedzieć, dość wyludniona. Za to bogata w rozmaite pamiątki na murach i witrynach.
[gallery type="rectangular" link="file" ids="10995,10996,10997,10998,11003,11004,11005,11009,11010,11011,11012,11013,11016,11014,11015"]
Absolutnym hitem był mural z maluchem, ponownie na siedzibie LOK-u, oraz ciastkarnia zatrzymana w czasie. Lody o smaku lat 70. i wystrój w postaci firanek i wybujałego fikusa. Jak to mówi dzisiejsza młodzież: sztos! Cokolwiek to znaczy ;)
[gallery type="rectangular" link="file" ids="10999,11002,11001,11000,11007,11008,11006"]
Ale to nie koniec możliwych okresów teleportacji, jakie oferuje to zacne miasto. W powietrzu, niczym babie lato, snują się poniemieckie duchy i wyglądają ze zrujnowanych zaułków, czerwonych cegieł i ścian podupadającego szpitala, przewrotnie nazwanego "Nowym". Spośród pamiątek z tych czasów najbardziej przypadł mi do gustu napis pomocy drogowej Auto-Hilfe Hebebühne Erich Ki(?)sten oraz mój garaż marzeń, ten z zakazem parkowania.
[gallery type="rectangular" link="file" ids="11018,11017,11020,11021,11023,11019,11022"]
Na koniec zlustrowałyśmy dworzec PKS i jego okolice - w końcu udało mi się złapać mijany tylko zawsze w przelocie szyld "Wszystkie błotniki świata" ;) ).
[gallery type="rectangular" link="file" ids="11028,11024,11025,11026,11029,11027"]
Zanim ruszyłyśmy w kierunku Góry, nie omieszkałam zaprezentować jeszcze lokalnej atrakcji w postaci pomnika byka. Dalej w którejś wiosce napotkałyśmy kolejną menażerię - dwa lwy, jak żywe. Jeden pewnie Fafik, a drugi Azor.
[gallery type="rectangular" link="file" ids="11032,11030,11031,11033,11034"]
Niespodzianka spotkała nas w Sicinach - w oczy rzucił mi się muralek, nieduży. Oszcędzając w Banku Spółdzielczym, przeznaczasz pieniądz na miejscowe potrzeby. Spaniały. Na frontowej ścianie resztki szyldu WDT, a nieopodal na innym murze - tutejszej masarni.
[gallery type="rectangular" link="file" ids="11037,11035,11036"]
Kolejny - tym razem planowany - przystanek zarządziłam w Naratowie. Powiodłam wycieczkę w chaszcze, by ukazać zachwyconym oczom przypałacową stacyjkę paliw. W sumie nie paliw, tylko samej ropy.
[gallery type="rectangular" link="file" ids="11040,11041,11043,11042"]
A dalej już skarby Góry... Mural z nieco zbyt nowoczesnym traktorem, piękny zaułek u oponiarza i nędzne pozostałości restauracji Syrena.
[gallery type="rectangular" link="file" ids="11044,11045,11046,11047,11048"]
Skierowałyśmy się potem jeszcze ku Rawiczowi - żeby zaliczyć leśny parking (ten który odwiedziłam tranzolem) i poszukać witacza widmo (chyba już nie istnieje). Miasto ogólnie dość rozczarowujące, wszystko remontują, nie ma na czym oka zawiesić... Stamtąd już oddałam kierownicę właścicielce perszinga i mimo zmęczenia, dzielnie dowiozła nas na bazę. [symple_divider style="dashed" margin_top="20" margin_bottom="20"]

Poniżej dla kronikarskiego porządku wrzucam sobie mapki, na czerwono moje odcinki specjalne.

[gallery link="file" size="medium" type="circle" ids="10984,10985,10986"]

komentarze_ (0)

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

dodaj komentarz_

← wróć do strony głównej