Luftgekühlt / WRO
Na katastrofalny odbiór tego – w sumie dość wyjątkowego – wydarzenia złożyło się kilka rzeczy… Byłam na siebie zła, że w ogóle kupiłam bilet (miesiąc wcześniej, za namową znajomego, choć nie powinnam wydawać hajsu na głupoty), a był bezzwrotny. A skoro bezzwrotny, to stwierdziłam, że lepiej pojechać i nie wyrzucić całkiem tych 5 dych w błoto. A skoro pojechać, to znowuż wydatek na paliwo. A skoro pojechać motocyklem (nadal mam organiczny wstręt do podróży pociągiem), to trzeba będzie w tych grubych ciuchach i butach potem dreptać w upale… No wszystko źle. A mimo to pojechałam.
Sama impreza w ciekawej lokalizacji, bo na XIX-wiecznym Dworcu Świebodzkim. Pierwotnie rzeczywiście był to dworzec, a po jego zamknięciu na początku lat 90. powstał tam ogromny bazar. W czasach współczesnych mieściło się tu m.in. Kolejkowo, zaś obecnie jest to strefa gastro z przeróżnymi knajpami typu smaki świata.
Czym jest natomiast sam Luftgekühlt? W regulaminie imprezy czytamy: (…) an event aimed at bringing together a global community of Porsche enthusiasts as a car exhibition and a platform where Porsche fans from all over the world can meet, network and share a common passion. Mhm, whatever. Jak ja słyszę „pasja”, to już wiem, że to nie dla mnie. No czyli w skrócie: jest to mający amerykańskie korzenie zlot porsche, odbywający się corocznie od dekady, za każdym razem chyba w innych miastach na całym świecie. To tak w trzech słowach, więcej informacji na podlinkowanej stronie.
Ogólnie wygląda to tak, że właściciele porsche mają zlot i pierwszy dzień jest tylko dla nich i spoko. I w tej formie ma to sens. Drugi dzień to wystawa dostępna dla wszystkich odwiedzających. I do tego momentu też spoko. Ale na jaki ch… biletować wstęp, skoro bilety są limitowane tylko w teorii i ich liczba nijak się ma do ograniczeń pojemnościowych obiektu, więc jest potem człowiek na człowieku? Hajs się musi zgadzać, wiadomo, nikt charytatywnie (i z samej pasji…) takich rzeczy nie organizuje. A że ja mam w zatłoczonych miejscach jakieś PTSD to swoją drogą, więc kolejny argument, że w ogóle nie powinno mnie tam być.
Samochodów zatem było sporo, natomiast ludzi – milion pięćset sto dziewięćset. Ciągle ktoś właził w kadr. Ciągle ja komuś właziłam w kadr. No bo połowa oczywiście latała z aparatami, a druga połowa snuła się bez celu i zasłaniała samochody. Całe to pandemonium odbywało się w koszmarnym 30-stopniowym upale, ponieważ czas dostępny dla odwiedzających był tylko w sobotę od 10 do 15. Najgorszy skwar, najgorsze światło. Zdjęcia robiłam na oślep, bo w ciemnych (i polaryzacyjnych zarazem) okularach nie widziałam nic na ekranie telefonu ani wyświetlaczu aparatu, a w zwykłych oksach nie widziałam nic totalnie, bo słońce wypalało oczy. Nie wspominając, że poza tym byłam na skraju udaru cieplnego i ledwo mogłam się ruszać, ugotowana w motocyklowych ciuchach. Co chwilę kogoś omijać lub kogoś przepuszczać, hałas, gwar, muzyka, upał, brak tchu, zimna lemoniada, cień, z powrotem w tłum, pustynny żar, absolutny brak możliwości koncentracji na czymkolwiek, no koszmar… Kosztował mnie ten wyjazd dodatkowo ból głowy i zmarnowaną niedzielę nazajutrz.
A już poza wszystkim, jak na imprezę o takiej randze, oczekiwałabym co najmniej bardziej eleganckiego „wystroju”, a nie banerów porozwieszanych na drucianym ogrodzeniu wkoło (przy czym grafika na niektórych rozpikselowana w cholerę, wstyd). Jedynie plus za to, że we Wrocławiu, to miałam blisko
Tak że podsumowując – fury fajne, ale spodziewałam się czegoś więcej. Subiektywnie 3/10. Mogłam zostać w domu.