Nieszczęście, ach, nieszczęście...
Wpis ku przestrodze. Przestróg nigdy za wiele (chyba że mowa o naklejkach "Motocykle są wszędzie", bo te, to już chyba dają czasem odwrotny efekt i wyłącznie irytują).
Po wspólnym roku i miesiącu stało się najstraszniejsze, ziściła się najczarniejsza obawa, która towarzyszyła mi z każdym wyjazdem i choć wiadomo, że tego nie planowałam, to skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie spodziewałam się. Prędzej czy później. No takim stunterem aż nie jestem, żeby z każdej opresji wyjść w pionie i na dwóch kołach - musiało się stać.
Honda już nie jest i nie będzie "igła od Niemca", ale mimo opłakanego (wielokrotnie) stanu, da się jeszcze uratować. A ja, póki co, mam pojeżdżone - teraz czas na przemyślenie swojego postępowania.
Choć w zasadzie moja wina była tylko w tym, że mi się przywidziało i że nie trenuję wyciskania na klatę, żeby w kiepskiej sytuacji móc utrzymać kierę do końca.
Bo było tak: droga wojewódzka (chociaż dojazdy na pola są w lepszym stanie asfaltowo). Ruch nie za gęsty, ale tiry co chwilę. Przede mną dwa auta, a z przeciwka właśnie tir. Odcinek drogi akurat taki w malowniczych, psia ich mać, zawijasach i coś mi tak właśnie to pierwsze auto w mojej kolumnie zamigotało, że przywidziało mi się, że to jakieś inne wyprzedza tira. I mnie nie widzi, no bo jesteśmy na łuku. Zjechałam więc do zewnętrznej, żeby uniknąć, tfu, fatamorgany, złapałam pobocze, wygrzebałam się z niego (!) i wtedy trafiłam na roz*&^%lony asfalt przy krawędzi, klasyczny przykład "łatania" naszych polskich dróg. I tam już nie utrzymałam. Leciałam, myśląc "kurrrr, tylko nie honda!" - dziwne, ale nawet mi przez myśl nie przemknęło "obosz, sięzabiję". Zresztą, nie tyle leciałam, co szorowałam i przeturlało mnie na koniec, co w mojej ocenie trwało o wiele za długo i już w połowie znudziło mi się i chciałam się zrywać i nie wiem… Zatrzymać motocykl? Podnieść? Zrobić rewind na taśmie? Najlepiej by było...
Motór zatrzymał się w skarpie nagarniętej przez inne pojazdy, które już miały w tym miejscu podobne perypetie. I to, jak sądzę, niejednokrotnie, bo barierka pogięta na całej długości łuku, zaś szukając swoich odłamków w trawie, poznajdowałam m.in. kołpak, kawałek forda (nie znam się aż tak, po prostu w nich jest logo na każdej wolnej powierzchni i na każdym elemencie), fragment skutera… Zanim przystąpiłam do zbieractwa, pomógł mi się ogarnąć człowiek z seata, który jechał bezpośrednio przede mną i zawrócił, widząc w lusterku burzę piaskową, którą wzbiła właśnie z tej "skarpy" sunąca honda. Podczas gdy ja lamentowałam, postawił moją nieboszczkę w miarę do pionu, za co dzięki mu po wsze czasy, bo mnie opuściły resztki sił na ten widok.
Czekając na misję ratunkową z busem, oceniałam straty i robiłam dokumentację zdarzenia, bo co mi pozostało innego do roboty...
Strzeżcie się DW324 ze Szlichtyngowej do Góry, tuż przed Niechlowem.
[caption id="attachment_2398" align="aligncenter" width="300"]
Tu się stało...[/caption]
[caption id="attachment_2399" align="aligncenter" width="300"]
Tu się zaczęło...[/caption]
[caption id="attachment_2400" align="aligncenter" width="300"]
…tu dupło...[/caption]
[caption id="attachment_2401" align="aligncenter" width="300"]
…a tu się skończyło.[/caption]
[caption id="attachment_2402" align="aligncenter" width="281"]
Droga jak stół. Ten z powyłamywanymi...[/caption]
[caption id="attachment_2403" align="aligncenter" width="300"]
Postawili nowe słupeczki, wyrównali piaseczek i tylko kołpak został na wieczną rzeczy pamiątkę po poprzednich nieszczęśnikach. A barierka? Równa nawierzchnia? Po co… Pewnie wcześniej dali znak, że koleiny i wyboje, i problem z czapy.[/caption]
A ja mam na pamiątkę strupa na kolanie, bolący łokieć i dwa spore siniaki (oraz konstelacje mniejszych). I więcej szczęścia niż rozumu.
W najbliższym czasie będzie zatem przewaga niusów garażowych z odbudowy, niż wycieczek - lojalnie uprzedzam.