pozwiedzane: Porsche wiecznie żywy
Przerywając ten niewątpliwie wciągający opis, przedłożę mapkę, na której wszystko widać... I wszystko jasne. Podstępni Czesi wzięli i wybudowali całkiem nową drogę, o której ni widu, ni słychu na mapach. Tranzyt z Jablonca do Liberca, pomyślałby kto... Nic dziwnego zatem, że drogowskazy kierowały na tę główniejszą trasę, a nie po "starej krajówce" (jasnoniebieski kolor), którą trafiłabym jak po sznurku. Ech, biednemu turyście zawsze wiatr w oczy...
Gdy w końcu sturlałam się z tych gór (bardzo ładna okolica), trafiłam w sam środek miasta. Stamtąd już jakoś lepiej poszło mi "na węch". Zdaje się, że los się zlitował i pojawiły się nareszcie jakieś strzałki na Vratislavice, więc dotarłszy tam, ostatkiem instynktu skręciłam w dobrą stronę na światłach et voilà - po lewej stronie wyłonił się jak byk, ba! jak posąg byka pod Wschową, niewielki domek z napisem "Anton Porsche" na fasadzie. Wait, what?! A gdzie Ferdynand? Aa, jest i on sam, ale na tablicy pamiątkowej. Dom jako taki, wraz z warsztatem na tyłach, należał do jego ojca, Antona właśnie, więc gdy w 2011 r. Skoda wykupiła ten niezbyt rokujący kawałek historii, dom został odbudowany do możliwie oryginalnego stanu. Jak to często bywa w przypadku takich zabytków, wielokrotnie adaptowanych do bieżących potrzeb, budynek był do tego stopnia „zmutowany”, że łatwiej byłoby go zburzyć i zbudować od nowa, ale jednak skodziarze nie poszli tą drogą. Odzyskali co się dało z oryginału, jednak historycznych wnętrz ani skansenu tu nie uświadczymy.
Po zaopatrzeniu się we vstupenkę, można skierować kroki do muzeum. W ascetycznie urządzonym wnętrzu (czyt. wiatr hula po kątach ;) ) przygotowano do obejrzenia trzy sale. Nie należy się zawczasu rozczarowywać wystrojem, bowiem może i na pierwszy rzut oka jest pustawo, ale ilość wiedzy, jaką można stąd wynieść, jest nie do spamiętania (przynajmniej na moje możliwości - ale to żaden wyznacznik ;) ).
Zaraz po wejściu warto się zaopatrzyć w pierwszy z brzegu wolny tablet i potem, w trakcie zwiedzania, nakierowywać go sobie na to, o czym chcemy się więcej dowiedzieć, a magicznym sposobem zostanie nam to na ekraniku objawione (coś jak QR kody, tylko real-life ;) ). Ponadto jest wielce prawdopodobne, że - tak jak i mnie - dopadnie Was sympatyczna pani przewodniczka, która wypyta, skąd jesteście i jeśli z czeskim Wam nie za bardzo po drodze, to opowie wszystko po angielsku.
I tak: w pierwszej sali prezentowane są ważne dla motoryzacji wynalazki - kamienie milowe - dosłownie od stworzenia koła. W drugiej omówione są wszelakie rodzinne perypetie urodzonego tu konstruktora. Trzecia, „najbogaciej” wyposażona (choć nadal minimalistycznie) to gwóźdź programu. Na podeściku zaparkowano bowiem Pojazd. Ale nie pierwszy lepszy wypadnięty sroce spod ogona. Jest to bowiem sam On. Lohner-Porsche "Semper Vivus" (znaczy się "zawsze żywy"). No, nie taki sam najprawdziwszy, lecz replika - ale w pełni funkcjonalna. Istnieją szczęśliwcy (śmiałkowie?), którzy się tym wehikułem współcześnie przejechali.
Co w tej bryczce takiego ciekawego, że aż replikę zrobili - i to bazując tylko na podstawie rysunków i paru zdjęć, a nie istniejącego egzemplarza (bo taki nie istnieje)?... No, jak to się szumnie podkreśla - w końcu to pierwsza na świecie hybryda, jakby nie było ;)
Ale po kolei... Wprawdzie „Saga rodu Porsche” nadal kurzy się u mnie na półce (zresztą, już po przejrzeniu interesujących mnie fragmentów wyłapałam - ja, laik - parę nieścisłości, więc chyba nieprędko znów podejmę lekturę), ale postaram się pokrótce i w miarę możliwości bez większych przekłamań streścić, jak ta historia się zaczęła – bazując na tym, czego dowiedziałam się od wysoce kompetentnej pani przewodniczki i z oficjalnych materiałów Porsche - jakoś wydają się bardziej godne zaufania, niż ta dziennikarska "biografia".
Otóż senior rodu, którego nazwisko widnieje na elewacji – Anton Porsche – był szychą w lokalnym światku, zastępcą „starosty”, znaczy szefa wsi, założycielem lokalnej straży pożarnej i kim tam jeszcze nie. Miał także (przede wszystkim) dobrze prosperujący zakład blacharski (czasem błędnie tłumaczone jako hydrauliczny) i takąż też przyszłość wybrał dla swojego trzeciego potomka, Ferdynanda, kiedy ten, po wypadku starszego brata w 1888 r., stał się dziedzicem rodzinnego interesu. Lecz niedoczekanie. Lotny umysł młodzieńca uwiodła bowiem elektryczność, ostatni krzyk technicznej mody. Dość rzec, że jako podlotek uszykował sobie łyżwy z żarówkami na baterie, żeby zadać szyku wśród rówieśników ;) Tego typu wybryki nie nastawiały herr Antona ani odrobinę przychylniej do pasji syna, ba! wręcz zabronił mu się tym zajmować, ale młody miał oparcie w matce, która wynegocjowała, żeby mógł uczęszczać wieczorowo do szkoły technicznej w Libercu, wówczas Reichenbergu. A w pozostałych wolnych chwilach młodzieniec wymykał się do przędzalni (tłumaczone też jako fabryki dywanów), jedynego zelektryfikowanego budynku w okolicy, by napawać się jego instalacją elektryczną, a potem również naprawiać w razie potrzeby.
Wreszcie, jako 18-letni młodzieniec, zelektryfikował cichcem… własny rodzinny dom (foto po lewej). Był to pierwszy tak nowoczesny prywatny budynek w tej miejscowości (nawet dzwonek u drzwi był elektryczny). Nastąpiło to w roku 1893 i wtedy też w końcu uzyskał dyspensę od ojca, by jednak nie iść w jego ślady - mógł więc w końcu udać się do Wiednia. Tam znalazł zatrudnienie w firmie "Béla Egger & Co.". W ciągu czterech lat, dzięki pracowitości i rozwijanym wciąż umiejętnościom, wywindował się tam na kierownicze stanowisko. Na tym właśnie etapie napotkał na swej drodze Ludwiga Lohnera – przedsiębiorcę karoseryjnego – który pragnął rozszerzyć działalność o produkcję elektromobili, w opozycji do "ogromnej liczby" hałasujących i smrodzących wówczas pojazdów spalinowych ;) Więc taki zdolny chłopaczek Porsche był mu jak znalazł.
O panu Ludwigu pisze się, że dzięki podróżom po Europie i do USA nauczył się dobrze przewidywać nastroje społeczne i o ile rzeczywiście słusznie skonstatował, że era konnych zaprzęgów dobiega końca, o tyle jego proekologiczne marzenia nie do końca się ziściły. Założenie, że również społeczeństwo będzie wolało pojazdy czyste i ciche, może i miałoby rację bytu, gdyby udało się również spełnić warunek praktyczności i dostępności. A tu niestety śmierdząca część motoryzacji biła tę elektryczną pod względem zasięgu, a hybrydową – kosztami zakupu. A więc nihil novi sub sole, od ponad stu lat…
DRUGI KĘS HISTORII:
Szukając informacji o pierwszych pojazdach konstruowanych przez młodego Ferdynanda, można się tylko jeszcze bardziej zamotać. Co źródło, to inna wersja, nie wspominając o błędach i uproszczeniach, a dodatkowo - te napisane przed 2014 rokiem nie uwzględniały pewnego odkrycia... Przekopawszy się jednak przez to wszystko, mogę - chyba nawet bez większych przekłamań - przedstawić następującą chronologię:
1. Egger-Lohner C.2 Phaeton (1898) aka P1
[caption id="attachment_8661" align="alignright" width="214"]
fot. materiały prasowe Porsche[/caption]
Zaprezentowany na wystawie przy okazji powstania austriackiego klubu automobilowego, a rok później - we wrześniu 1899 - na międzynarodowej wystawie motoryzacyjnej w Berlinie. Tam też wziął udział w wyścigu samochodów elektrycznych... i wygrał go z 18-minutową przewagą nad drugim zawodnikiem. O pozostałych historia w ogóle milczy, bo ponad połowa odpadła po drodze przez problemy techniczne, a część zdyskwalifikowano, bo nie osiągnęli minimalnej wymaganej prędkości ;) I nie, że wszystkich startujących było np. czterech :P Firm wystawiających elektryki było 19, więc też co najmniej tylu stanęło w szranki z bolidem Porsche. Bolidem... Na pierwszy rzut oka bryczka pełną gębą ;) Ale - jak to się obecnie mówi - nafaszerowana innowacyjnością ;) Napędzał ją wynalazek własny Ferdynanda, tj. oktagonalny silnik (osobno amortyzowany) wyciągający całe 3 KM przy 350 obr./min., w porywach do pięciu. Vmax to 35 km/h. Biegów to miało dwanaście - 6 do przodu, 2 do tyłu i 4 "spowalniające". Zasięg wynosił ok. 80 km, czyli 3-5 godzin jazdy. Na 40-kilometrowy wyścig wystarczyło z nawiązką. Nowoczesne było nawet "nadwozie" - bo całoroczne. Zimą mogło być to zabudowane coupé, zaś latem taka właśnie bryczka, phaeton. Tyle zalet, a wyprodukowano bodajże tylko 4 sztuki. Projekt jednak zarzucono tylko po to, by rzucić się w wir kolejnych wynalazków. Jest to oficjalnie najstarsze Porsche na świecie. Zresztą nawet sam twórca uznał je za pierwsze swoje poważne dokonanie, bo na wielu elementach pooznaczał je symbolem "P1". Egzemplarz znajdujący się obecnie w Muzeum Porsche w Stuttgarcie przeleżał w austriackiej stodole 112 lat i ujrzał znów światło dzienne dopiero w 2014 r. Więcej ujęć i detali w galerii: LINK
2. "System Lohner-Porsche"/"Electric Phaeton" (1900)
Okrzyknięty "najbardziej wyróżniającą się nowością" i "epokową innowacją" na piątej Wystawie Światowej w Paryżu w 1900 roku. A czym tak zachwycił jemu współczesnych? Porsche zrezygnował z jakiegokolwiek układu przeniesienia napędu i zamontował elektryczne silniki bezpośrednio w piastach przednich kół, dzięki czemu uzyskał wydajność (sprawność) na poziomie 83% (silniki spalinowe do dziś osiągają 30-40%). Ich moc nadal oscylowała na poziomie 2,5-3,5 KM. 80-woltowe akumulatory zapewniały zasięg ok. 50 km i Vmax 35 km/h. Na żywo do obejrzenia np. w Muzeum Techniki w Wiedniu.
3. Elektromobil 4x4/"Toujours Contente" (1900)
Pewien angielski przedsiębiorca z Luton, znany jako E.W. Hart, nie poprzestał na zachwycie i kupnie jednego pojazdu Lohner-Porsche. Złożył dodatkowo specjalne zamówienie na sportowy elektromobil z napędem na 4 koła (również - unikatowa wówczas rzecz - wszystkie były hamowane). Kto bogatemu zabroni? ;) Tym sposobem powstał 4-tonowy potwór (same akumulatory ważyły niemal 2 t - w dwóch poprzednich "modelach" było to ok. 400-500 kg), zwany z francuska Toujours contente (ponoć w opozycji do belgijskiej wyścigówki La jamais contente). Pierwsza osobówka 4x4 na świecie podobno.
4. Lohner-Porsche "Semper Vivus" (1900)
Być może coś tknęło Ferdynanda, że goniąc za osiągami i dokładając coraz więcej akumulatorów, daleko - nomen omen - nie zajedzie ;) Udał się więc w swoich projektach w przeciwnym kierunku. I tak powstał wstępny concept pojazdu hybrydowego. Do silników elektrycznych dołożył dwie spalinowe pyrkawki (DeDion Bouton, 3,5 PS) i prądnice (2,5 KM), co pozwoliło ograniczyć tę szaloną liczbę (i wagę) akumulatorów do bardziej praktycznych rozmiarów. Tworzyło to dwa niezależne układy zasilania, przy czym nadal można było jechać na samych bateriach, używając DeDionów w razie potrzeby podładowania, a także użyć prądnic jako rozrusznika. XX wiek, mili państwo, nowoczesność ;) Nadal było tylko jedno "ale". Cały ten majdan - a przede wszystkim każde z przednich kół, ważące niemal 300 kg! - był stanowczo za ciężki dla ówczesnych miękkich opon. No i parę innych bolączek, jak np. nieosłonięte silniki (spalinowe) czy otwarte nadwozie i zasadniczo - brak wyposażenia. Wielki sukces na polu idei, ale do produktu, który by się sprzedawał, droga dopiero się zaczęła... Aczkolwiek nie da się zaprzeczyć temu, że - jak celnie wskazuje jeden z szefów Volkswagena, cytowany w książce Carl H. Hahn - „wszystko, co dziś dyskutuje się na poziomie najnowszych technologii i koncepcji, Porsche wymyślił już jako dwudziestoletni chłopak.”
5. Lohner-Porsche "Mixte" (1901)
Młody wynalazca nie próżnował. Szedł w zaparte, zmniejszając objętość akumulatorów, a ponadto udał się w słusznym kierunku, wpychając pod maskę daimlerowski 5,5-litrowy silnik (25 KM), będący teraz głównym źródłem prądu. Zasilanie bateryjne było już znikome. I teraz to można było tym jeździć! Pierwszą partię, 5 szt., zakupił nie kto inny jak Emil Jellinek. Mimo tej owocnej współpracy, Daimler dostarczył silniki do jeszcze dwóch egzemplarzy, a już od 1903 r. Mixte napędzane były silnikami Panhard & Levassor. Lecz nie rozpędzajmy się, wszystkich sprzedano jedynie... 11 sztuk. Mimo ogromnych nakładów na prace badawczo-rozwojowe (głównie obniżanie wagi i pojemności akumulatorów, a także ulepszanie sterowności) i niezłego marketingu (olśniewające prezentacje na wystawach, czynny i zwycięski udział w wyścigach, a nawet podwózka jego arcyksiążęcej mości Franciszka Ferdynanda), nadal miały jeden poważny minus - były pieruńsko drogie. Więc to może być "aż 11"...
Z ciekawostek bardziej "pudelkowych" - właśnie jednym z nich w 1902 r. przyjechał nadal jeszcze dość młody Porsche do rodzinnego Maffersdorfu, aby przedstawić rodzicom przyszłą małżonkę, pannę Aloisię Kaes. No i żeby pochwalić się furą ;)
- http://museum.skoda-auto.cz/SiteCollectionDocuments/aa_documents_CZ/2016/brozura-leporelo.pdf
- https://newsroom.porsche.com/en/christophorus/issue-381/porsche-christophorus-ferdinand-origins-maffersdorf-13671.html
- https://presskit.porsche.de/museum/en/2017/topic/exhibitions/special-exhibits/the-porsche-museum-presents-genuine-electric-vehicles-from-1898.html
- https://newatlas.com/porsche-p1/30643/
- https://www.technischesmuseum.at/object/elektrofahrzeug-lohner-porsche-1900
- https://newsroom.porsche.com/en/history/porsche-history-world-exhibition-paris-1900-12169.html
- https://presskit.porsche.de/anniversaries/en/70-years-porsche-sports-cars/topic/category/trendwenden/items/en-porsche-all-wheel-drive-cars-593.html
- https://presskit.porsche.de/anniversaries/en/70-years-porsche-sports-cars/topic/category/elektroantriebe-bei-porsche/items/en-ferdinand-porsches-electric-wheel-hub-drive-543.html
- https://presskit.porsche.de/museum/en/2017/topic/exhibitions/special-exhibits/reconstruction-of-the-semper-vivus-hybrid-car-from-1900.html