Rzecz o gymkhanie, między innymi
Kiedyś nie lubiłam motocykli. Irytował mnie ich hałas za oknem ;) Zwłaszcza jednego roku. To był znak - zaczęłam w ogóle odnotowywać ich obecność. A rok później przy każdym charakterystycznym hałasie zerkałam tęsknie przez to okno, co to jedzie. Nie znałam nikogo ze środowiska, nie widziałam wcześniej z bliska motocykla, nie wspominając o siedzeniu na nim czy jeździe z kimś.
Ot, odmieniło się, tak po prostu. Może to przez tę scenę z nowszego TRONa...
...może przez to, że jedna kategoria to za mało; może przez zasłyszaną historię o znajomej-znajomego-znajomej, która jeździ… Ciężko powiedzieć. Ale dopadło i mnie ;)
Aczkolwiek nie jarały mnie ani wyścigi (tak samo, jak nie porywa mnie F1), ani żużel, ani inne popularne sporty. Ogólnie nie ciągnie mnie do rzeczy, które wszyscy zachwalają. Bardzo późno złapałam się za Tolkiena, ledwo parę lat temu doceniłam w pełni Depeszów. Zawsze muszę kombinować, żeby zrobić coś inaczej i po swojemu. Może to z potrzeby zamaskowania tak naprawdę nudnej osobowości :P
W roku, kiedy postanowiłam zrobić kurs (ale ostatecznie nie starczyło $ i zrobiłam rok później), w Polsce oficjalnie pojawiła się gymkhana. Ta organizowana przez Hondę jeszcze wtedy. Reklamy na autobusach, w internecie, widowisko. Jako świeżo upieczona neofitka nie mogłam tego przegapić. I to właśnie ów sport - choć mało porywający w porównaniu z… każdym innym sportem moto:P - ujął mnie od razu. Od razu, mówię, natychmiast w trakcie - nie miała na to wcale wpływu wygrana w późniejszym konkursie foto dla fanów :P Ta miała wpływ tylko na wybór marki - zegarek z logo hondy zrobił swoje ;)
Ujął mnie nacisk na precyzję, na perfekcyjną technikę. Taaak - stwierdziłam - to jest to, co będę robić zaraz po kursie :P
Ale latka lecą, a mojej kariery coś nie widać. Co się stało? Przecież nawet pierwszego moto szukałam koniecznie z gmolami, żeby móc spokojnie trenować zawijasy. No ale kupiłam cezetę. Też by się nadawała (ta dzikość dwusuwa:P), ale… tak wyszło, że trafił się jej kompletny remont wizualny. I szkoda by było z niej zrobić treningowego psa. A potem honda. Idealna, zabytkowa, najlepsza. No… i boję się nią zrobić ósemkę. Więc gymkhanę, to sobie nią pojechałam tylko pooglądać.
A w planach transalp… też raczej nie do przewracania.
Powiecie - wymówki, jesteś chicken shit… Może i racja. Ale nie darowałabym sobie uszkodzenia tak wycackanych sprzętów - a wiadomo, że jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz, gdzie się kończy przyczepność, w tym przypadku. No i tak właśnie latka lecą… Co roku patrzę sobie, jak inni się świetnie bawią, uczą się, doskonalą. Jak robią to na o wiele droższych motocyklach (no, o to akurat nietrudno, te moje w sumie kosztowały 3 tys. ledwie..). I nie wiem, gdzie leży mój problem. Najpewniej to po prostu wstyd przez występowaniem publicznie - ot, i się wyjaśniło :P
Ale nie o rozterkach egzystencjalnych chciałam, tylko o najczystszej postaci "robieniu kółek wokół pachołków" (nie oszukujmy się, dokładnie na tym to wszystko polega :P). A nigdzie gymkhana nie jest prawdziwsza, niż w Japonii. Na początek film, z którego przed laty w ogóle dowiedziałam się, o co kaman.
Płynność i doskonałość, coś pięknego.
Kolejny fragment zawodów - tym razem policyjnych. Laska ma półtora metra w kapeluszu, wywija na VFR800ce… Impossible is nothing. (ale ma kilometrowe gmole - na szkolnych, zabezpieczonych motocyklach to też byłam mistrzem techniki /powiedzmy:P/ ).
Można się rozmarzyć. Ale na koniec mam prawdziwą bombę, niesamowity smaczek - w mojej opinii, rzecz jasna. Szykujcie się…;)
(tutaj był fragment Polskiej Kroniki Filmowej z lat... zamierzchłych, ale już zniknął z jutuba, więc musicie uwierzyć mi na słowo. Była tam jazda zręcznościowa motocyklem i używano słowa "gimkana", jeśli pamięć mnie nie myli. Jak go kiedyś znajdę, to uzupełnię ten brak)
Kto by się spodziewał?:D Tradycje sięgają głębiej, niż się wszystkim wydawało ;) Kolejny punkt przemawiający za tym, żeby się w to bawić.
Czas pokaże.
