The Story of Knedel, czyli jak to z cezetką było...
Pewnie wiele osób uzna, że konfabuluję i nie piszę całej prawdy, przedstawiając jedynie, jak to sobie jeżdżę i nic w cezecie nie wymaga naprawy, nie tylko w czasie podróży, ale nawet pomiędzy wyjazdami. Opisane dotychczas wycieczki następowały zazwyczaj w odstępach tygodniowych, jak tylko mogłam zerwać się z pracowej smyczy. I obecny stan cezetki naprawdę jest taki, że tylko mieszać, lać i jechać. Ale w początkach naszego związku nie było tak różowo, oj nie... (co wszak nie przeszkadzało mi patrzeć na naszą przyszłość przez różowe okulary - błogosławieństwo nieświadomości :P ).
Skąd w ogóle wzięła mi się cezetka? Świetny pomysł na pierwsze moto, przyznacie :> Taki bezawaryjny, łatwy w obsłudze i w ogóle...;p No, ale przynajmniej była tania (jak na motocykl, bo jak na knedla, to bez szału, bywają tańsze). Nie żebym chciała być taka hipsterska i oryginalna - owszem, posiadanie motorka innego niż wszystkie to kusząca perspektywa, ale cała rzecz wynikła z czegoś zupełnie innego. Na pierwsze dwa kółka z silnikiem szukałam oczywiście czegoś około półlitrowego, no ewentualnie 250, ale że są i tak w podobnych cenach, więc bardziej 500ccm. Wiadomo - gieesy, cebule i inne popularne typy, z którymi bezboleśnie można zacząć przygodę. Ale po namyśle, po co mi właściwie motocykl, wizja nabrała nieco innych kształtów - chciałam robić trasy, sprawnie przemieszczać się po mieście, no i strasznie jarałam się gymkhaną, bo był to jej pierwszy sezon w Polsce i też tak chciałam się naumieć ;) No więc co? Coś lekkiego, zwinnego i najlepiej, żeby już miało gmole. Z nakedów przerzuciłam się na przeczesywanie allegro pod kątem endurów. W ten sposób dowiedziałam się o istnieniu małego Dominatora, 250ki. To było to! Stworzony do przygód, idealny dla mnie ;) Ale było ich od 3 do, w porywach, 5 sztuk na sprzedaż w całej Polsce. W stanie różnym, w zasadzie do użytku nadawały się ze dwie. Już niemalże nastawiłam się na kupno egzemplarza z Krakowa, gdy snując się po internecie trafiłam na inne endurko. CZ 180 Roland. Z racji podobieństwa do NX 250, zapałałam z miejsca sympatią do tego tworu i odruchowo udałam się na allegro, by - tak z głupia frant - sprawdzić, czy a nuż ktoś nie sprzedaje czegoś takiego. Tak, gest pukania się w głowę jest teraz jak najbardziej na miejscu ;) Ale tu Was zaskoczę! W wynikach wyskoczyła mi jedna aukcja. I dotyczyła motocykla, całego, sprawnego, nie na części. I ten motocykl był cezetą, a nie "Junak NIE jawa cezet emzet JEDYNY TAKI" czy coś w tym stylu. Ten motocykl był cezetą 180 w wersji szosowej. Miała odpowiednie kształty, zupełnie niezłą cenę i była w kolorze ormo-blue z czerwonym siedzeniem. Była tak głupia, że ujęła mnie od razu - love at first sight :P Wyglądała w moich oczach mniej więcej tak:
[caption id="attachment_134" align="aligncenter" width="300"]
Nie zachowałam sobie niestety żadnych jej zdjęć z aukcji ani tuż-po-zakupie, więc muszę posiłkować się tymczasem swoimi mad photoshop skillz ;p[/caption]
Ale żarty na bok ;) Była zgrabniejsza od Dominatora, ale podobnie zbudowana. O wiele tańsza. I mówiła do mnie ;) No... Ale miłość miłością, a realia były takie, że motocykl znajdował się jakieś 300 km ode mnie i był wielką niewiadomą. Po dobie ciężkich rozmyślań, skontaktowałam się ze sprzedającym z zamiarem wypytania o parę szczegółów i umówienia się na oględziny. A był to początek grudnia. Bez jazdy próbnej, bez większego namysłu (odpaliła ładnie, to biorę, nad czym tu się zastanawiać ;p), stałam się właścicielką mojego własnego motocykla! Swoją niefrasobliwość usprawiedliwiałam tym, że nie ma co się martwić na zapas, to tylko cezeta, to nie może być trudne w naprawie. Byłam blisko prawdy. Dość. No właściwie to nie tak całkiem blisko, ale też nie za daleko - tak nie tuż obok, ale w zasięgu wzroku :P Jak się z czasem dowiedziałam, knedle, owszem, są dość wdzięcznymi (na swój sposób) obiektami do naprawy i przeróbek, ale te najpopularniejsze. A 180 to ostatni wypust marki, nie za często spotykany, generalnie dość unikatowy... Miałam więcej szczęścia niż rozumu, że mój egzemplarz był w miarę kompletny, jeśli chodzi o elementy charakterystyczne dla tego modelu (bo cała reszta jej wyposażenia to zlepek innych modeli CZ oraz Jawy - fabrycznie - więc jeszcze jakoś tam osiągalnych) i w ogóle odpalał.
Cezetka zamieszkała w kontenerze na osiedlowym parkingu i czekała do wiosny. Pomału zawierałyśmy bliższą znajomość. A to zajęłam się siedzeniem, którego czerwone pokrycie wymagało wymiany (pomimo początkowej chęci zostawienia koloru, zdecydowałam się za radą tapicera na praktyczniejszy czarny), a to zakupiłam chemię celem mycia i nasmarowywania. Z przedniego koła uciekało powietrze, więc zdjęłam je, żeby zawieźć do wulkanizatora do sprawdzenia. Z tylnym kołem też były jakieś hece - pomijając szczegóły, zdejmowałam je, zakładałam i naciągałam łańcuch tyle razy, że mogłam to już robić po ciemku, wybudzona w środku nocy. Cały czas czuwały nade mną dobre dusze z forum jawacz.pl, służące radą i pomocą, a także zaopatrzeniem w nowe i używane części. Kiedy zrobiło się cieplej i w nieogrzewanym kontenerze dało się wytrzymać już nieco dłużej, wzięłam się do roboty ze zdwojoną energią. Porozbierałam cezetę do golasa, celem zdiagnozowania różnych spraw, wskazywanych przez ludzi z forum, przy okazji zadbałam o jakieś drobiazgi i wstępny porządek w elektryce (pamiętne śledztwo w sprawie masy, która powinna mieć jasny kabelek, a ma niebieski... do połowy, czyli dokąd sięgnął sprej, którym ktoś ją pomalował jak leci, tak jak stała, bez rozkręcania <facepalm>).
[caption id="attachment_142" align="aligncenter" width="300"]
Ogólnie, mimo niesprzyjających warunków lokalowych, robota paliła się w rękach ;)[/caption]
[caption id="attachment_138" align="aligncenter" width="300"]
De(kon)strukcja (w tym jestem najlepsza ;) )[/caption]
[caption id="attachment_141" align="aligncenter" width="225"]
Człowiek wielu (anty)talentów ;p[/caption]
Cezetka jako mały wesoły motorek aż się prosi, żeby robić sobie z nią takie głupie fotki ;)
Ale wracając do historii, a raczej historycznych momentów - w końcu nadeszła wiekopomna chwila, kiedy wszystko, o co mogłam sama zadbać, było zrobione i nie pozostało nic innego, jak spróbować odpalić tego dzikiego dwusuwa... Emocje nie do opisania - zaleję czy nie zaleję, wystarczy kopnąć parę razy czy będę kopać cały wieczór, uda się czy się nie uda ;) To nie to samo, co dać ssanie i nacisnąć guziczek :P Ale - udało się, najpiękniejszy dźwięk :D
No i wyglądało, że już pójdzie z górki. Przejechałyśmy się raz, drugi, trzeci, cezeta zdążyła zawrzeć nowe znajomości z innymi motorkami na motocyklowej sobocie mojej szkoły - PARAmoto:
...ale jak się jest gamoniem, to nic nie trwa wiecznie - po którejś przejażdżce zapomniałam zakręcić kranik. Przypomniałam sobie o tym dwa kroki za bramą parkingu. Za bramą, którą właśnie zamknął dozorca, niepokojony przeze mnie o 2 w nocy... Nie chciałam już tłumaczyć starszemu panu, że musi otwierać cały majdan na nowo. Rano już nie odpaliła, zaś przy próbach późniejszej reanimacji wyszło na jaw dlaczego. Tyle tego miała w środku, że rzeczywiście mogło być jej ciężko to spalić:
Leczenie pomogło, pacjent ożył ;) Jednak dobra passa udała się już w innym kierunku i po kolejnej pojeżdżawce, podczas której maszyna już zaczęła kuleć i kasłać, ostatecznie przestała się odzywać. Było to jednak i tak niedługo przed planowanym transportem do miejsca docelowego remontu, więc za karę postała trochę pod chmurką (no i pokrowcem), a następnie została rozkręcona i z pomocą przyjaciół zapakowana do mojej wiernej ciężarówki ;)
Przejechawszy pół Polski, po ponownym złożeniu i wyregulowaniu, cezetka - już bez żadnych kłopotów - udała się jeszcze na parę lokalnych wycieczek...

..po czym nadszedł czas na remont właściwy, gdyż jesienny zlot Jawa-CZ Klub Polska był tuż-tuż.
Mi przypadła w udziale mokra robota - przygotowanie wszystkich powierzchni do malowania, głównie z pomocą wodnego papieru ściernego ;) Walka ze starym lakierem odłażącym, gdzie nie trzeba i trzymającym się jak głuchy drzwi, gdzie powinien był puścić - śniła mi się potem po nocach :P
Jak gdyby tego było mało, za punkt honoru postawiłam sobie pozbycie się wszelkich nieuprawnionych śladów niebieskości w miejscach, gdzie nie powinno jej być (jak np. opylona tabliczka znamionowa - jeden z miliona potraktowanych tak elementów). Pomijając, że sprejem oberwało wszystko - elementy gumowe, śrubki, kabelki, plastiki - czyszczenie szło gładko, gdy nitro twoim przyjacielem :P
[caption id="attachment_157" align="aligncenter" width="300"]
Skala porównawcza zmian na lepsze.[/caption]
Przyznacie sami - jak "unikalnie" by nie wyglądała w tym swoim niebieskim kolorku, to porządne malowanie jej się należało.
Główne elementy machnął w wybrany przeze mnie (wymarzony ;) ) kolor dowódca warsztatu...
...natomiast moim zadaniem było odświeżenie detali - klaksonu, puszki wiatrów, oprawy zegarów. W to mi graj, wyszorowanie starego lakieru w każdym zakamarku to robota w sam raz dla ofiary nerwicy natręctw i perfekcjonistki w jednym ;) Zwłaszcza że potem wystarczyło tylko wypsikać wszystko lakierem strukturalnym i detale jak nowe!
Składanie nowej lepszej cezetki odbywało się przy mojej już tylko asyście - rozparcelować umiem sama, gorzej ze złożeniem z powrotem...:P - ale przynajmniej osobiście zakupiłam nowe śrubki, podkładki i nakrętki, na których wszystko zostało poskręcane.
Pierwsze przymiarki, drugie przymiarki...
...et voilà - cezetka prawie jak funkiel nówka :D A nawet - cytując za Marusiem z Samolotów 2 - lepsza jak nowa ;)
Zwieńczeniem całokształtu operacji o kryptonimie "Armadnia" była niespodzianka, jaką mi sprawiły władze Klubu podczas zlotu. Cezetka zdobyła uznanie w ich oczach i otrzymała puchar (srebrny "Złoty Tłok" ;) ) za urodę :D
Utwierdzona w przekonaniu, że jest najładniejsza, najlepsza i najfajniejsza, wozi mnie teraz wiernie przez drogi i bezdroża, ciesząc się drugą młodością.





















