wycieczka piesza: W poszukiwaniu tunelu
BY byledoprzodu
—
24 Apr 2026
Tuż przed wirusowym szaleństwem udało mi się ponownie wyskoczyć do kowarskiego Muzeum Sentymentów. Miałam w planach nadrobić dwa braki: brak sfotografowanych stron w znalezionej kiedyś w muzeum książce i brak dotychczasowej okazji do odwiedzenia tutejszego tunelu kolejowego. Pogoda w weekend miała być w kratkę, w sensie w sobotę brzydko, w niedzielę ładnie, więc oczywiście wybrałam się w pierwszy z wolnych dni :P
Zapakowałam psie turystki (chyba trochę turystki mimo woli albo one po prostu zawsze mają takie miny "gdzie nas znowu wywozisz, psychopatko?") i pomknęłyśmy es trójką w kierunku gór. W Bolkowie nastąpił dylemat - czy na Jelenią, czy na Kamienną Górę? Przez Jelenią trochę dookoła, ale droga może lepsza, równiejsza? Może mniej zakrętów? Przez Kamienną bliżej, ale przed samymi Kowarami góry, dziury i serpentyny... A moje turystki jeszcze niezahartowane i w sumie nie wiem, co gorzej znoszą: czy jak je wytelepie, czy wybuja... Chociaż i tak obrałam taktykę zapobiegawczo-defensywną w postaci częstych przystanków na przewietrzenie nosów i rozprostowanie łapek, licząc że to trochę ograniczy ich ewentualną chorobę lokomocyjną. Zaryzykowałam i wybrałam krótszą opcję. Nie było tragedii ;)
W miarę jazdy na południe pogoda klarowała się coraz bardziej. W sensie - określała się zdecydowanie na stanowisku, że już nie tylko "zimno", lecz także "pada". "Na to miejsce w środku Europy". No wiadomo, przecież dzień wcześniej umyłam auto, to nie może być inaczej... Mżawka, która towarzyszyła mi od początku, zmieniła się w śnieg z deszczem. Coby nie było nudno i jednostajnie ;)
W takich okolicznościach dotarłyśmy na Przełęcz Kowarską. Patrzymy - za oknem mgła. Dużo mgły. Trochę śniegu. Z nieba ciapie. Spacer? Chętnie :P Pojechałam więc w dół, ku Kowarom. Czemu tak, spytacie... Nawet komuś nietutejszemu, ale ogarniającemu internet na mocno średnim poziomie, wystarczy około 7,25 sekundy na określenie na mapach Google, gdzie jest tunel i jak mniej więcej się tam dostać. I że właśnie z przełęczy należy zacząć iść z buta... Czemu więc pojechałam całkiem gdzie indziej, od dupy strony? Bo tak mi się wydawało :P A jak się jest blondynką, to "wydawało mi się" jest niepodważalnym, ostatecznym argumentem przeważającym jakikolwiek rozsądek. Zerknęłam jedynie na mapę offline i bazowałam na swoich dziurach w pamięci. Dobra nasza...
Owszem tory znalazłam, ale żadnego tunelu w zasięgu wzroku. Przeszedłszy więc kawałek w lewo (coraz większe chaszcze) oraz w prawo (długo, długo nic...), zawinęłam się z czworonożną załogą z powrotem do auta. Fajnie się spaceruje donikąd, ale czas nagli, muzeum mi zamkną i cała wycieczka psu na buty. Załatwmy chociaż jedno.

Wylądowałyśmy znów na przełęczy, bo poszłam po rozum do głowy i na dogorywającym internecie w telefonie sprawdziłam, gdzież to cholerstwo jest ukryte. No tak, trzeba zejść w wąską dróżkę, odcinek dawnej "drogi głodu", i potem szukać po krzakach. Jeśli się jest mną. Jeśli ma się więcej oleju w głowie, można sprawdzić dokładniej i podjechać autem na dolny parking, by stamtąd zacząć wędrówkę... Nie, że podejrzewam kogoś z Szanownych Czytelników o równie uwłaczający poziom intelektu, ale na wszelki wypadek zamieszczam mapkę :P
W sumie jak na moje możliwości tym razem trafiłam całkiem bezproblemowo ;) Inka zachwycona możliwością człapania przez błoto, ja i Fiesta trochę mniej... Pokonawszy jednak wertepy, trawiszcza po pas, rów ze strumykiem i wspomniane błoto w ilości "coraz więcej", stanęłyśmy wreszcie przed tajemniczą czarną dziurą. Udało się ;) Ale cóż w tym takiego atrakcyjnego?... Poza tym, że to zapomniany poniemiecki zabytek na środku górskiego odludzia? Jeszcze np. fakt, że jest w czołówce najdłuższych tuneli kolejowych (chyba... a może ogólnie wszystkich?) w Polsce. Że nie dość, że prowadzi po łuku, więc na jednym końcu nie widać "światełka" z drugiego końca, to jeszcze do połowy się wznosi, a potem opada (żeby woda spływała poza tunel). Albo że zimą dzieją się tu cuda z soplami... Po szczegóły i ładniejsze fotki odsyłam TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ.
Zapakowałam psie turystki (chyba trochę turystki mimo woli albo one po prostu zawsze mają takie miny "gdzie nas znowu wywozisz, psychopatko?") i pomknęłyśmy es trójką w kierunku gór. W Bolkowie nastąpił dylemat - czy na Jelenią, czy na Kamienną Górę? Przez Jelenią trochę dookoła, ale droga może lepsza, równiejsza? Może mniej zakrętów? Przez Kamienną bliżej, ale przed samymi Kowarami góry, dziury i serpentyny... A moje turystki jeszcze niezahartowane i w sumie nie wiem, co gorzej znoszą: czy jak je wytelepie, czy wybuja... Chociaż i tak obrałam taktykę zapobiegawczo-defensywną w postaci częstych przystanków na przewietrzenie nosów i rozprostowanie łapek, licząc że to trochę ograniczy ich ewentualną chorobę lokomocyjną. Zaryzykowałam i wybrałam krótszą opcję. Nie było tragedii ;)
W miarę jazdy na południe pogoda klarowała się coraz bardziej. W sensie - określała się zdecydowanie na stanowisku, że już nie tylko "zimno", lecz także "pada". "Na to miejsce w środku Europy". No wiadomo, przecież dzień wcześniej umyłam auto, to nie może być inaczej... Mżawka, która towarzyszyła mi od początku, zmieniła się w śnieg z deszczem. Coby nie było nudno i jednostajnie ;)
W takich okolicznościach dotarłyśmy na Przełęcz Kowarską. Patrzymy - za oknem mgła. Dużo mgły. Trochę śniegu. Z nieba ciapie. Spacer? Chętnie :P Pojechałam więc w dół, ku Kowarom. Czemu tak, spytacie... Nawet komuś nietutejszemu, ale ogarniającemu internet na mocno średnim poziomie, wystarczy około 7,25 sekundy na określenie na mapach Google, gdzie jest tunel i jak mniej więcej się tam dostać. I że właśnie z przełęczy należy zacząć iść z buta... Czemu więc pojechałam całkiem gdzie indziej, od dupy strony? Bo tak mi się wydawało :P A jak się jest blondynką, to "wydawało mi się" jest niepodważalnym, ostatecznym argumentem przeważającym jakikolwiek rozsądek. Zerknęłam jedynie na mapę offline i bazowałam na swoich dziurach w pamięci. Dobra nasza...
Owszem tory znalazłam, ale żadnego tunelu w zasięgu wzroku. Przeszedłszy więc kawałek w lewo (coraz większe chaszcze) oraz w prawo (długo, długo nic...), zawinęłam się z czworonożną załogą z powrotem do auta. Fajnie się spaceruje donikąd, ale czas nagli, muzeum mi zamkną i cała wycieczka psu na buty. Załatwmy chociaż jedno.
[gallery type="rectangular" link="file" ids="10707,10706,10705,10704,10703"]
Do muzeum tym razem tak na jednej nodze, bo panienki musiały zaczekać w aucie same. Pogadałam więc chwilę, popatrzyłam na szybko, co się zmieniło, kupiłam suwenira i już mnie nie było. Nie załatwiwszy jednak sprawy, dla której przyjechałam - bo jak wspominałam poprzednio, książka gdzieś powędrowała i jest na etapie odzyskiwania - naszła mnie myśl, czy jednak nie zrobić drugiego podejścia do poszukiwania tunelu... Policzyłam, za ile z grubsza się ściemni i rachunki wyszły na tyle optymistycznie, że werdykt był "na tak".

Wylądowałyśmy znów na przełęczy, bo poszłam po rozum do głowy i na dogorywającym internecie w telefonie sprawdziłam, gdzież to cholerstwo jest ukryte. No tak, trzeba zejść w wąską dróżkę, odcinek dawnej "drogi głodu", i potem szukać po krzakach. Jeśli się jest mną. Jeśli ma się więcej oleju w głowie, można sprawdzić dokładniej i podjechać autem na dolny parking, by stamtąd zacząć wędrówkę... Nie, że podejrzewam kogoś z Szanownych Czytelników o równie uwłaczający poziom intelektu, ale na wszelki wypadek zamieszczam mapkę :P
W sumie jak na moje możliwości tym razem trafiłam całkiem bezproblemowo ;) Inka zachwycona możliwością człapania przez błoto, ja i Fiesta trochę mniej... Pokonawszy jednak wertepy, trawiszcza po pas, rów ze strumykiem i wspomniane błoto w ilości "coraz więcej", stanęłyśmy wreszcie przed tajemniczą czarną dziurą. Udało się ;) Ale cóż w tym takiego atrakcyjnego?... Poza tym, że to zapomniany poniemiecki zabytek na środku górskiego odludzia? Jeszcze np. fakt, że jest w czołówce najdłuższych tuneli kolejowych (chyba... a może ogólnie wszystkich?) w Polsce. Że nie dość, że prowadzi po łuku, więc na jednym końcu nie widać "światełka" z drugiego końca, to jeszcze do połowy się wznosi, a potem opada (żeby woda spływała poza tunel). Albo że zimą dzieją się tu cuda z soplami... Po szczegóły i ładniejsze fotki odsyłam TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ.
[gallery type="rectangular" link="file" ids="10717,10724,10723,10722,10721,10720,10719,10718,10716,10701,10700"]
Nie wybrałyśmy się jednak wgłąb, na drugą stronę... Aaa, booo nie miałam ze sobą dobrego światła... I kaloszy... I odwagi... ;) Pieski też nie były szczególnie chętne. Fiesta porozglądała się bez przekonania, Inka dokonała pobieżnego odbioru technicznego budowli i uznałyśmy zgodnie, że trzeba się zawijać z powrotem. Bo ściemnia się ;)
Odwrót w kierunku auta wypadł jednak inną drogą, na czuja ("tędy będzie chyba krócej, chodźcie")... No cóż, krócej nie było, ale przynajmniej po równym. Z grubsza. Czasem przez koleiny po kolana, ale i tak lepiej niż na szagę przez chaszcze ;) Koniec końców wycieczka bardzo udana, pieski dobrze zniosły dystans, zwłaszcza drogę powrotną, śpiąc pokotem na sobie nawzajem... Można powtórzyć w przyszłości :D
[gallery type="rectangular" link="file" ids="10803,10804,10805,10806,10807,10808"]
[symple_divider style="dashed" margin_top="20" margin_bottom="20"]
A w bonusie kilka widoczków okołokowarskich z poprzedniego roku, gdy dałam ostatnią szansę mojemu pierwszemu aparacikowi - kodakowi cameo - który po wywołaniu poniższych zdjęć ostatecznie i nieodwołalnie wylądował jako element ekspozycji w Muzeum Sentymentów - niech jeszcze chociaż w ten sposób dożyje swych dni, a może ktoś na jego widok zakrzyknie "oo, miałem kiedyś takiego!..." ;)
[gallery type="rectangular" link="file" ids="10728,10727,10726,10725"]